Przymusowe przełączanie

"- Komputery się psują.
- Rzadziej niż ludzie się krztuszą."

11 maja 2005 roku program drugi TVP uraczył nas filmem "Przymusowe Lądowanie" ("Max Q") w reżyserii Michaela Shapiro. Film jest hołdem złożonym NASA przez filmowców na czterdzieste urodziny Agencji. Niestety, nie trzeba było kręcić filmu, wystarczyłoby kilka granatów w holu kwatery głównej NASA - efekt byłby podobny, a producenci zaoszczędzone pieniądze mogliby wydać na nowe samochody.

Twórcy tego "wiekopomnego" dzieła film jednak nakręcili, grzebiąc nadzieje NASA na lepszą prasę. Półtoragodzinny obraz jest typową produkcją telewizyjną - brak znanych twarzy, tempo (jakie tempo?!?!) akcji dostosowane do rozkładu przerw na reklamę, efekty nie najwyższych lotów.

Muszę jednak przyznać, że nie zraziło mnie to. Zdarzało mi się oglądać dobre filmy telewizyjne, swego czasu traktowane przeze mnie jako remedium na słabe scenariusze hollywoodzkich produkcji (vide "Armagedon"). Trafiają się zresztą wśród nich perełki zapadające w pamięć, chociażby "Diuna" na podstawie Herberta. Nie wspominając o filmie "Ostatnia misja Skorpiona" ("Scorpio One"), w którym dochodzi do katastrofy wahadłowca, jak żywo przypominającej katastrofę Columbii.

Efekty w filmie nie porażają. Zresztą niekonieczne dla nich film się ogląda. Owszem, miło jak wybucha bomba sejsmiczna albo asteroida, jednak efekty nie muszą być super, wystarczy, że scenariusz trzyma poziom. Powiem więcej, brak dobrego pomysłu jest w stanie zarżnąć najlepiej wyglądający film, na co przykładów w ostatnich latach mieliśmy aż nadto. W tym przypadku poziom jest wyrównany. Nie znaczy to jednak, że wysoki. Wręcz przeciwnie - scenariusz leży, kwiczy i aż prosi, aby dobić!

"Nie wierzę, że spotkałem astronautę."

Historia opowiada o dramatycznych, w zamierzeniach twórców, losach załogi wahadłowca Endeavour podczas hipotetycznego lotu STS-110 (film kręcono w roku 1998, a więc zaledwie cztery lata przed prawdziwą misją STS-110). Oczywiście, w trakcie pobytu na orbicie psuje się wszystko co się może zepsuć, astronauci przeżywają dramatyczne chwile, wykazują heroiczne postawy, ale też i ludzkie słabości - typowy scenariusz filmu katastroficznego. Tak więc ludzie, których mamy nie lubić są przedstawieni w sposób uniemożliwiający pojawienie się chociaż cienia sympatii. Niestety, schemat nie działa w drugą stronę - astronautów polubić nie sposób, niezależnie od tego co robią (a robią rzeczy bardzo głupie), ani mówią.

Nie wymagam od twórców, aby wstrząsnęli mną, jednak wypadałoby nakreślić bohaterów w sposób umożliwiający chociażby przejęcie się ich losami. W przypadku astronautów sprawa jest ułatwiona - każdy prawie, dzieckiem będąc, marzył o lotach kosmicznych a i wśród dorosłych znajdzie się niemało ludzi, którzy z chęcią opuściliby na moment nasza planętę. Wystarczyłoby odpowiednio dobrać charaktery, nadać każdej z postaci jakąś charakterystyczną cechę, rys indywidualny.

Cóż, twórcy wyraźnie poszli na łatwiznę. Widz ogląda apodyktycznego dowódcę, lalusiowatego pilota, specjalistkę misji o której można powiedzieć tylko to, że jest. Jako pasażer leci jeszcze dziennikarz (sic!) wynajęty przez korporację, będącą właścicielem satelity wynoszonego w kosmos podczas misji STS-110. Dziennikarz, jak wszyscy dziennikarze, myśli, że pozjadał wszystkie rozumy i liczy się tylko kolejna nagroda za reportaż. Oczywiście w trakcie filmu przekona się jak bardzo błądził i przejdzie zapierającą dech w piersiach przemianę.

"Musiała zablokować się dźwignia."

Jak to w filmach bywa, coś musiało pójść nie tak. Łatwo się domyślić, że w trakcie lotu dojdzie do wypadku. Tutaj scenarzyści się nie postarali. Wystarczyłby dwucentymetrowy meteoryt i mielibyśmy wiarygodną historię. Zamiast tego otrzymujemy satelitę, w którym zacina się dwignia(!), co zmusza załogę do odpalenia silników rakietowych tego złomu w ładowni(!!) orbitera. Silniki oczywiście przeciągają wyrzucając Enadeavoura z właściwej orbity. Gdy udaje się ustabilizować prom, załoga przeprowadza wzrokową(!!!) kontrolę ładowni i widząc kupę pogiętych blach postanawia wrócić do domu(!!!). Jakby tego było mało, podczas próby deorbitacji siadają wszystkie trzy APU zasilające hydraulikę promu. Ponadto na pokładzie dochodzi do pożaru - w efekcie tlenu i zapasów energii starcza na zaledwie tygodniowy pobyt na orbicie.

Widząc co się dzieje, kontrolerzy NASA w spokoju dopijają kawę i zastanawiają się czy jest w promieniu 500 mil ktoś, kto może im pomóc. W tym czasie pracodawcy dziennikarza kombinują jak mogą, w celu ukrycia swojej ewidentnej winy. Apodyktyczny dowódca promu odwołuje misję ratunkową i wspierany przez koleżankę na Ziemi wychodzi na spacer kosmiczny sam(!), bez zabezpieczenia, chociażby liny(!!) i naprawia jedno z APU montując w nim niepasującą(!) uszczelkę(!!).

Wszyscy są szczęśliwi i załoga wraca na Ziemię, lądując awaryjnie na autostradzie. W zasadzie jest to jedyna dobra scena w półtoragodzinnym filmie. Szczególnie smaczny był przelot wahadłowca pięć centymetrów od drapacza chmur :>.

"Nauczę chłopców z kontroli lotów paru rzeczy, których nie wykładają na MIT."

Producenci postanowili nakręcić film. Na dodatek film o promie kosmicznym. Pomysł sam w sobie ciekawy. Jednak, chcąc wypowiedzieć się na jakiś temat, warto wiedzieć coś z tej dziedziny, albo to sprawdzić. Tymczasem w filmie procedury NASA poszły na spacer, na symulatorze po katastrofie siedzi jedna(!) osoba, praca astroanautów na orbicie polega na pstrykaniu przełącznikami, a próby naprawienia wahadłowca na oglądaniu płytek drukowanych. Załoga zapomina o spadochronie, zaś wahadłowiec w filmie z 1998 ma kokpit żywcem przeniosiony z lat osiemdziesiątych.

"Co to za szyfr?"

Swoją garść ziemi na grób tego filmu dorzucili tłumacz na spółkę z konsultantem. O ile rozumiem brak zaangażowania tłumacza, o tyle konsultant nazywający z uporem maniaka APU (pomocnicze jednostki energetyczne) pompami hydraulicznymi powinien posypać głowę popiołem i oddać pieniądze jakie otrzymał za konsultację. Wystarczyłoby raz powiedzieć, że chodzi o silniki dostarczające energię pompom i wszystko byłoby jasne.

"Kogo obchodzi twoje zdanie"

Cóż więcej mogę powiedzieć o filmie? Jest lepszy od "Xeny - wojowniczej ksężniczki" ale to nie jest trudne. Jednak, gdybyście trafili na niego w telewizji, obejrzyjcie ostatnie piętnaście minut - lądowanie awaryjne.

Można też oglądać go jako komedię, ale nie obrażajmy tfu-rców. Chociaż im chyba już nic nie pomoże. Chyba, że zajmą się czymś, do czego naprawdę mają powołanie - na przykład sprzedażą glebogryzarek.



Wszystkie cytaty pochodzą z filmu.


Zezwalam na użycie oraz cytowanie tego dokumentu w celach niekomercyjnych przy zaznaczeniu skąd pochodzi. Komercyjne wykorzystanie fragmentów niniejszego tłumaczenia również wymaga zaznaczenia źródła cytatu. Wykorzystanie całego dokumentu wymaga pisemnej zgody Autora. Zajrzyj do zakładki Kontakt.


Wróć do Artykułów [WŁĄCZ MENU]